Verenska robota #3 Ciężkie życie chorego człowieka

*Ekhm* *Ekhm* Cholerny kaszel. Odechciewa się żyć, a trzeba wracać. Trzeba będzie odwiedzić aptekę i kilka dni przesiedzieć… ale czy jest na to czas? No nic, w drogę!

Główny bohater – oraz reszta drużyny

Ralf Delfholt „Verenczyk”
Wysoki i szczupły jegomość, z krótką brodą i spokojnym spojrzeniem człowieka, który widział w życiu wiele tanich karczm i zajazdów. Ubrany w brązową kurtę oraz szarozielony płaszcz z kapturem, nosi torbę na ramieniu i toporek przy pasie. Na co dzień szuka sposobu, by zająć swój czas czymś pożytecznym i opłacalnym. „Liczy się to, czy twoja praca ma jakiś sens”

Muler Kaczeniec
Sympatyczny, znający się na swoim fachu niziołek. Lubi sobie podśpiewywać i swoją pracę traktuje bardzo poważnie. W końcu to dzięki niemu studenci, medycy i inne mądre głowy mają na czym pracować. Zawsze, gdy w ucho wpadnie mu jakaś wzmianka o nowym leku, bądź innym osiągnięciu dla ludzkości, jest niesamowicie dumny. wtedy też gratuluje sobie w duchu:”Dobra robota, Muler. Gdyby nie ty, ten medyk nie zdałby egzaminów i niczego by nie odkrył!”

Aenisdrian
Elfka o miedzianych włosach. Nigdy nie rozstaje się ze swoim łukiem, przeważnie nosi przy sobie także miecz. Nie lubi rozmawiać o swojej przeszłości ani zwracać na siebie zbytniej uwagi (z tego powodu przeważnie nosi kaptur). Gra w karty i kości jak zawodowiec i potrafi ograć Cię z ostatniego szylinga. I to chyba wszystko co o niej wiadomo.

Krag Tok
Krasnolud jak krasnolud. Większość wygląda tak samo. Ten odznacza się tym, że nosi ze sobą górniczy hełm z miejscem na świecę. Poza tym dosyć krzepki i cierpliwy jak na krasnoluda, a przede wszystkim poza siłą umie też ruszyć głową. Na pohybel całemu złu tego świata zawsze chodzi uśmiechnięty albo chociaż niezbyt zgorzkniały.

Dzień 8 – Droga nieopodal wioski Brietblad

Nie wystawialiśmy wart. Byliśmy zbyt zmęczeni. Rano, gdy się obudziłem spostrzegłem Aenisdrian i dwa puste posłania. Kraga i Mulera nigdzie nie było. Przeszukaliśmy najbliższą okolicę i znaleźliśmy ślady, częściowo zatarte, szczurzych łap w lesie. Spaliśmy blisko drogi, więc tam ślady były absolutnie nieczytelne. Szybka narada z elfką niewiele nam dała. Postanowiliśmy zabrać ich rzeczy i udać się do jednej z wiosek jakie mijaliśmy po drodze do Brietblad. Szukaliśmy też innych śladów, lecz nic więcej nie było.

W wiosce o nazwie Waldfahrt wypytaliśmy kilka osób… nikt nic nie widział. Rzeczy zostawili, ale zabrali sakiewki i być może część prowiantu. Szczurze łapy mi gdzieś zapadły w pamięć, ale nawet wielkie szczury przecież są najwyżej wielkości psa. Nie pogoniliby za szczurem, by go upolować… dziwne to. Koniec końców została nam jedna opcja do rozważenia. Krag i Muller musieli zabrać minimum rzeczy i wyruszyć szybko do miasta, by odebrać naszą wypłatę. Wszyscy wiedzą, że na złoto łasa jest krasnoludzka rasa, więc to brzmiało logicznie. A niziołek… on nieskazitelny nie był… Postanowiliśmy wyruszyć pospiesznie z powrotem to Taalagadu pod bramę czarodziei.

Od zawsze cieszyłem się świetnym tempem marszu, a elfka… elfy są bardzo szybkie ogólnie. Spoglądając w mapę znalazłem krótszą trasę niż główny trakt, więc stwierdziliśmy, że może uda nam się tam dotrzeć w dwa dni. Szybkim krokiem skierowaliśmy się na północ. Droga ta prowadziła przez ścieżkę pod murami Talabheim. Ściana, droga i skarpa. Przynajmniej trasa dużo szybsza i z daleka widać czy ktoś nadchodzi. Tak myślałem…

W drodze zaskoczył nas głos z pozdrowieniem zza pleców. Dogonił nas ten sam kapłan Ranalda co ostatnio. Nie widziałem skąd przyszedł, ale powiedział że wdrapał się na ścieżkę, gdyż przeraził się ogrów na dole. Chyba nawet spodziewałem się co to za ogry… Zaprosiłem go do towarzystwa w podróży i poprosiłem o opowiedzenie trochę o tej krainie. Okolice Talabheim skrywają wiele tajemnic, a mapa którą dostałem od oficera Arwida przedstawiała wiele zagadkowych miejsc i obrazków… że też nie umiem czytać… Kapłan pokazał i podyktował poszczególne nazwy na mapie. Próbował mi wytłumaczyć znaczenie konkretnych słów i liter, ale to bardzo skomplikowane. Koniec końców nauczyłem się kilku literek i słów na mapie. Zapytałem też ojca o zagadkę wielkich szczurów, ale nie zdradziłem szczegółów zniknięcia towarzyszy, gdyż dalej z Aenisdrian zakładaliśmy, że pospieszyli oni do miasta. Ku mojemu zdziwieniu ojciec wspomniał coś o skavenach i zaczął opowiadać bajki o szczuroludziach. Mocno się pokłóciliśmy, gdyż od dawna znałem te historie, lecz byłem pewien, że to tylko wymysły starych bab i pijanych kanalarzy. Nie wszystko było bajką… Do późna rozmawialiśmy o tym, a ja jeszcze długo po tym nie mogłem usnąć. Kapłan Ranalda to nie byle kto… Jeśli On mówi o czymś z powagą to nie może się aż tak mylić… To był bardzo ciężki dzień. Fizycznie i umysłowo.

Dzień 9 – Droga pod murami Talabheim

Obudziłem się już spokojniejszy. Wspomnienia dnia poprzedniego gdzieś się rozmywały, ale też pozostawiały sporo pytań. Wyruszyliśmy w drogę, lecz niedługo potem ojciec musiał nas opuścić skręcając w swoją stronę. Pożegnaliśmy się serdecznie i skierowaliśmy kroki do Taalagadu. Został nam jeszcze spory kawałek drogi, ale pod wieczór dotarliśmy w pobliże bram. Niestety nie to chcieliśmy ujrzeć. W mieście panował zgiełk i krzyk. Zawodzenie i wycie z bólu. Miasto ogarnęła zaraza i to w bardzo paskudny sposób. Ze względu na wieczór postanowiliśmy rozbić obóz w lesie poza miastem, gdyż rozruchy w mieście mogą być niebezpieczne. Z powodu choroby dostałem dreszczy, a Aenisdrian też zaczęła kaszleć…

Dzień 10 – Obóz pod Taalagadem

Czułem się paskudnie. Ledwo mogłem oddychać i nie miałem siły by wstać. Zawinięty w koce swoje i Kraga przewróciłem się na drugi bok i postanowiłem nie wstawać. Elfka nie dała rady mnie wyciągnąć. Sama poszła do miasta sprawdzić co się dzieje. Nie było jej kilka godzin, które spędziłem głównie na drzemaniu. Wróciła około południa. W mieście panuje zaraza. Straż straciła kontrolę nad ulicami i zabarykadowali się w strażnicy. W mieście rządy przejęła religijna sekta, która uznała chorobę jako objaw grzechu przeciw Taalowi i postanowili zaprowadzić porządek wśród ludzi. Brama czarodziei została zamknięta z powodu kwarantanny, a w nocy biczownicy atakują i palą każdego chorego. W dzień jeszcze nie, chyba. Aenisdrian dowiedziała się też, że strażnicy mogą dać nam obiecaną zapłatę, lecz muszę pojawić się osobiście, gdyż to ja podpisywałem dokumenty. Parszywa wymówka, pewnie i tak nic nie zapłacą.

Poszliśmy do miasta. Owinięty kocami, kaszlący i trzęsący się szedłem przez tłum ludzi bez sił na kreatywne myślenie. Pod budynkiem straży Aenis krzyknęła na oficera i faktycznie wychylił się z piętra. Razem z nim 3 kusze… na szczęście wolał rozmawiać niż strzelać. Zapytał o dokument od nich, więc mu go podałem. Po chwili go oddał mówiąc, że przedłużył nam ważność na miesiąc i kazał się ukryć gdzieś, bo w mieście jest teraz niebezpiecznie… zrzucił nam też zapłatę i o dziwo nawet się zgadzało. Może Ranald jednak ma dla nas trochę szczęścia. Widziałem w mieście biczowników ścigających chorych. Chyba lepiej przespać się poza miastem. Zahaczyliśmy jeszcze o targ, gdzie pewien medyk sprzedał nam kilka dawek leku, który może nam pomóc. Wyszliśmy z miasta i przenocowaliśmy na szlaku. Wypiłem lek, ale był obrzydliwy i po chwili wszystko zwróciłem wraz z śniadaniem. Zmęczony usnąłem.

Dzień 11 – Obóz na szlaku pod Taalagadem

Rano poczułem się trochę lepiej. Postanowiliśmy poszukać sposobu na dostanie się do miasta na własną rękę. Popytaliśmy „U Skuliego”, lecz on podał nam tylko adres zarządcy portu, czyli oficjalną drogę na przepustkę… znaleźliśmy też aptekę, a raczej jej zgliszcza, bo została spalona. Idąc przez miasto zauważyliśmy jeszcze szyld alchemika, a w obecnej sytuacji warto było spróbować, gdyż i Aeni czuła się już coraz gorzej.

Drzwi do alchemika były zamknięte i nic nie wskazywało, żeby ktoś był w środku. Postanowiliśmy zajrzeć od drugiej strony, lecz bez rezultatów. Skoro legalne sposoby zawiodły to próbowaliśmy wejść oknem i prawie sie udało. Elfka weszła, ja nie. Zostałem na czatach, a chwilę potem otworzyła mi drzwi frontowe. W srodku znalezlismy trupa… chyba alchemika, z sztyletem wbitym w szyję. Znaleźliśmy list, kilka książek i trochę mikstur. Postanowiliśmy sprobowac się leczyc czyms co wyglądało podobnie do leków na targu. Mi pomogło, ale Aenisdrian wpadła w szał narkotykowy i musiałem ją ogłuszyć. Jako, że zbliżał się zmrok to przespalismy się na parterze zostawiając trupa na pietrze. Udało mi się rozszyfrować imię adresata na liście spod ręki trupa…. to bylo nazwisko zarzadcy portu… cóż, teraz mieliśmy przynajmniej pretekst, by się do niego udać.

Dzień 12 – Dom alchemika

Rano, śniadanie przerwało nam pukanie do drzwi. Straż! Szukała alchemika, a my spaliśmy przy jego trupie. Szybko zabraliśmy co się dało i uciekliśmy przez okno. Na szczęście udało nam się wmieszać w tłum i skierowaliśmy się do zarządcy portu. Strzeżony przez armie ochroniarzy przyjął nas w gabinecie z dwoma pistoletami w nas wycelowanymi. Gdy uslyszal o losie alchemika, o liscie i dzienniku to przestraszył się i kazał nam natychmiast udać się do miasta, by ICH powstrzymać. Niewiele udało nam się dowiedzieć. Wysłał nas do przemytnika w dokach z powołaniem się na jego osobę i nas wyrzucił… Nerwowo się zrobiło, a w mieście coraz więcej chorych i coraz niebezpieczniej. W drodze do doków usłyszeliśmy jakiś hałas z uliczki i zauważyliśmy grupę wielkich szczurów, która atakowała małe dziecko. Cholerna moralność…

Z kuszy ustrzelilem jednego szczura, lecz zaraz z cienia wypadło jeszcze kilka następnych. Wskoczyły na mnie i ledwo co udało mi się je zrzucić. W końcu zawołaliśmy pomoc i kilka chłopów przybyło z odsieczą. Cały byłem pogryziony, ale dzięki nim i pomocy Aenisdrian uszliśmy z życiem. Dałem im srebrnika i podziękowałem, a dziecko odprowadziliśmy do domu… a właściwie do zniszczonej chatki w slamsach… jego matka zmarła na zarazę i martwa leżała w łóżku…

Zostaliśmy tam na noc, gdyż i tak nie mieliśmy gdzie spać.

Dzień 13 – chatka w slamsach

Gdy wstaliśmy, dziecko jeszcze spało. Nic nie mogliśmy dla niego zeobić. Zostawiłem monetę i trochę jedzenia i wyszliśmy. Na ulicach leżało wiele spalonych ciał. W nocy był pogrom urządzony przez biczowników. Czym prędzej udaliśmy się w poszukiwaniu przemytnika. Udało nam się. Umówiliśmy się na wieczór na przejście. Pozostało nam tylko znaleźć Mullera i Kraga… gdzie oni do cholery są?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s