Dzienniki #1 „O tym jak Brok Dor stał się Brokiem Hazkalem cz.1

W ramach uzupełnienia historii o bohaterach z Krainy Trzech Księstw publikuję opowieść, a właściwie jej część. Opowiada ona o dziejach Broka, który obecnie w księstwach jest znany jako Koźli Jeździec, a którego przeszłość ma wiele ciekawych elementów.
Jest to praca jednego z moich graczy, który zgodził się spisać historię swojej postaci jako wkład własny do wspólnej gry.

778db0d2dfdcd9890a83f167f97f17db
Grafika autorstwa artysty: Nick Keller z artstation.com

„O tym jak Brok Dor stał się Brokiem Hazkalem”

Brok “Dor” urodził się w wiosce górniczej Thalfang w Górach Środkowych. Jest najstarszym synem Lokgory i Rorankrina, ma 2 młodszych braci Furgila i Logazkrina. Bardzo młodo zaczął pracować z ojcem w kopalni, a gdy podrósł to zgodnie z rodzinną tradycją została mu przekazana zdobiona rodowa manierka, jego największy skarb i jedyna pamiątka z dzieciństwa. Jednak, Brok już we wczesnych latach zdawał sobie sprawę, że kopalnia, to nie jego miejsce. Nigdy nie miał zapału do górnictwa i monotonnej pracy, gdzie dzień od dnia można odróżnić tylko ilością kroków, które trzeba pokonać do stanowiska w kopalni. “Nie… na pewno gdzieś krasnoludy mogą zająć się czymś ważniejszym, czymś co realnie pomaga nie tylko jego wiosce, ale całej rasie krasnoludów” – myślał Brok. W poszukiwaniu nieznanego zaprzyjaźnił się z Drongmirem, młodym krasnoludem, który pochodził z Thalfang, ale odwiedzał wioskę jedynie kilka razy w roku. Przez resztę czasu podróżował, Grungni wie po co. Drongmir zaproponował Brokowi wspólną podróż. Przyłączył się do nich Borgroth, syn kowala, który co prawda fach ojca bardzo szanował, ale poprosił go o możliwość nauki rzemiosła także w szerszym świecie.
I tak uzbrojeni w młodzieńczy zapał, kilkanaście srebnych szylingów, kilof Broka ,narzędzia Borgrotha i miecz Drongmira ruszyli w drogę. Podróżowali przez Ostland i Hochland zatrzymując się w przydrożnych karczmach i zajazdach, a ich wieczorne popijawy przez jakiś czas fundował Drongmir. Gdy już mocno zabrakło im pieniędzy, to zaczęli szukać pracy w przejezdnych wioskach i miasteczkach. Lecz za każdego zarobionego szylinga wydali 2 szylingi w karczmie, liczyło się tylko piwo, zabawa i wymyślone historie wesołej kompanii, za które wieśniacy oferowali następną kolejkę.
Sielanka trwała niecały rok i trwałaby więcej, gdyby nie ten pamiętny wieczór. Z powodu ociągania Borgrotha i trudności w postawieniu go na nogi po ostatnim wesołym wieczorze, drużyna późno wyruszyła w drogę i musieli założyć obóz niedaleko traktu, lecz to nie było jeszcze niczym nowym. Tym razem Drongmir nie siedział razem z nimi przy ogniu, a wybrał się na przechadzkę po okolicy. Towarzyszom to nie przeszkadzało, bo mieli ze sobą jeszcze butelczynę dobrego alkoholu, a butelka na dwóch brzmi lepiej. W trakcie degustacji owego trunku nagle wpadł do obozowiska wyglądający na naprawdę zaniepokojonego i przestraszonego Drongmir. Natychmiast kazał im się spakować i pomimo protestów, nie pozostawiając czasu na wyjaśnienia zaczął poganiać towarzyszy, a gdy wszystko zostało spakowane i posprzątali po obozie, wyruszyli czym prędzej w przeciwnym kierunku niż mieścina, w której ostatnio bawili. Wszystkie pytania Drongmir zbywał obiecując wyjaśnienie potem. Zatrzymali się dopiero nad ranem i nie w przyjemnym karczmiennym pokoiku, a w zagajniku przy jednej z bocznych dróżek po których kluczył nocą ich towarzysz. Nie rozpalili nawet ogniska, a jedynie rozłożyli posłania kilka metrów w głąb lasu i posnęli ze zmęczenia. Ze snu Broka wybudził jakiś hałas niedaleko jego głowy. Spostrzegł stojącą nad nim postać, chciał krzyknąć, ale głuche uderzenie i gwiazdy przed oczami były silniejsze.
Następny wschód słońca sprawił im niespodziankę. Zostali brutalnie obudzeni kubłem zimnej wody, Brok i Borgroth związani jak baleron, plecami do drzewa. Pierwszym co ujrzeli był Drongmir, związany naprzeciwko nich, z odsłoniętym torsem, na którym broczyły krwią rany ciągnące się przez całą jego sylwetkę, twarz zamieniona w krwawą, bezkształtną wręcz miazgę. O zgrozo! On jeszcze żył! Rzęził próbując zaczerpnąć choć trochę powietrza przez zalane krwią usta. Dopiero po chwili zauważyli, że za nim stoi wysoka postać, człowiek o bladej twarzy i odsłoniętej paskudną blizną wardze. Wkoło nich stało jeszcze kilka postaci.
– Czy wiecie jak gildia karze nielojalnych złodziei? – odezwał się – Wasz przyjaciel, Zorri już się przekonał jak wielkim błędem było oszukanie wspólnika w interesach. A teraz pokurcze, powiedzcie mi, gdzie schowaliście MOJE złoto?
Drongmir, zarzęził głośniej wypluwając haust krwi na ziemię. Człowiek jednym ruchem wbił trzymany sztylet w gardło krasnoluda ostatecznie kończąc jego żywot.
– Ciiii…. Ty już miałeś szansę się wykazać… Wyrzućcie to ścierwo gdzieś w krzaki.
Dwóch drabów rozwiązało ciało Drongmira i zabrali poza zasięg wzroku towarzyszy.
– Pie*dol się je*ańcu, nic nie wiemy o żadnym złocie – wykrzyknął spokojny zawsze Borgroth.
Dopiero teraz Brok zauważył, dlaczego jego towarzysz tak szarpał więzami, które go krępowały. Udało mu się uwolnić z nich i pochwyciwszy kamień z ziemi, rzucił się na człowieka. Ten zareagował natychmiastowo, wbijając mu sztylet w pierś. Krasnolud zwalił się na ziemię z bolesnym jękiem i wyrazem pełnego zaskoczenia zaistniałą sytuacją.
– Pie*rzone krasnoludy…. Twoja kolej! – Bandyta spojrzał wprost w oczy Broka mierząc do niego zakrwawionym ostrzem – Gadasz, czy dołączasz się do…..
Nie zdążył dokończyć zdania, gdy z jego oczodołu nagle wyszedł grot strzały, która wbiła się w tył jego czaszki. Chwilę potem, Brok w zwolnionym tempie widział wyjeżdżających z pomiędzy drzew, konnych ścinających bandytów mieczami i szyjących do nich z kusz. Przywódca bandytów padł martwy u stóp ostatniego krasnoluda, kolejne wydarzenia mieszają się z mgłą. Walka. Twarz umierającego Borgrotha. Coś chciał powiedzieć, lecz nie mógł. Krew na rękach. Ludzie. Jakieś pytania. Potem sen.
Rano obudził się w wojskowym namiocie. Wokół było wiele pustych łóżek. Wyszedł na powietrze. Podszedł do niego człowiek w wojskowym pancerzu.
– A jednak wstałeś! Myśleliśmy, że i tobie stało się coś poważnego. Masz ogromnego guza na głowie. Miałeś szczęście, że nasz patrol was zauważył, bo i Ciebie ta szajka by wypatroszyła.
– Co z moimi ziomkami?
– Nasze krasnale… Ekhm.. Krasnoludy, pochowały ich po waszemu. Przykro mi, nic się nie dało zrobić.
– Gdzie ja jestem?
– W obozie polowym czwartego pułku głównej armii Reiklandu pod dowództwem samego Imperatora Karla Franza. Rozłożyliśmy tu obóz przed obroną pobliskiego miasteczka Untergard. Właściwie każda para rąk się może przydać. Gdybyś chciał wstąpić do oddziału ochotniczego to może będziesz miał okazję się odwdzięczyć za uratowanie życia.
– Tak… bitwa? Może to i lepiej… Gdzie mam pójść?
Przy ogniu kominka w pewnej imperialnej karczmie na granicy Gór Czarnych siedział z piwem pewien stary krasnolud. Obok zasiadał młodzieniec z piórem i pergaminem uważnie słuchając starych opowieści. A noc była jeszcze młoda.
– Tak, to było mniej więcej tak…. Ale tamten Brok to nie ten sam, którego tu widzisz przy kuflu. Wiesz skąd się wziął przydomek “Dor”? To po naszemu oznacza “niedojrzałe ziarno”, Ojciec tak mnie nazwał, gdy wyruszałem, bo myślał, że jak przemyślę sobie to wrócę. Ale już nie mogłem wrócić. Przeze mnie zginął Borgroth. Nie umiałbym tego powiedzieć jego ojcu. Może lepiej, by myśleli, że nikt z nas nie wróci. – Kransolud zajrzał do kufla – Wiesz, skończyło mi się. Polejesz? Mam jeszcze trochę historii do opowiedzenia. ..
Pytasz co było potem? Potem była bitwa. Wojna to nic dobrego. Mogłem wtedy zginąć. Nikt się nie przejmował życiem ochotników. Mieliśmy być tylko mięsem armatnim. Broniliśmy mostu przed zwierzoludźmi, mój oddział był na prawej flance. Potem niewiele pamiętam. Obudziłem się w tym samym namiocie, co kilka dni wcześniej, lecz tym razem był pełen rannych, jęczących i umierających. Kilku medyków kręciło się między łóżkami. Miałem opatrzoną głowę i tors. Grungni obdarował mnie mocną czaszką.
Nic poważnego mi nie dolegało, więc opuściłem tą umieralnie, by dowiedzieć się, że armia już wyruszyła. Mogłem robić co chcę, ale nic nie chciałem. Ulokowali mnie w jakimś opuszczonym domu z kilkoma innymi przybłędami. Człowiek, elf, niziołczyca i krasnoludka. Czujesz to? Jak w jakimś ponurym żarcie. Właściwie to mi było wszystko jedno. Przesiedzieliśmy tam kilka dni. Okazało się, że nie jest tak źle. Mała nazywała się Cysia i uciekła z miasta jak tylko dowiedziała się o armii chaosu. Wybrała sobie idealne miejsce, środek kolejnej bitwy. Człeczyna okazał się szlachcicem z jakiegoś małego rodu z okolic, ale trafił tu tak samo jak ja, oberwał w walce i jego też zostawili. Tylda, krasnoludka, też walczyła, ale nie wyglądała na ranną. Nie często spotyka się piękniejszą płeć naszej rasy, ale niewiele chciała mówić o sobie. I ten elf, jak mu tam było Krótki Liść … MŁODY, o właśnie Młody Liść, i tak się jakoś stało że razem zaczęliśmy się w tym oddziale trzymać.
Hmmm…a tak, pamiętam. Była jakaś przemowa, przywódca ludzi z miasteczka ogłaszał jakąś dobrą nowinę, a potem słychać było strzał i butelka człowieka który przemawiał rozwaliła się na tysiące kawałeczków, chwila dezorientacji, krzyki, panika i nagle zauważasz że na tłum przez most biegnie grupa mutantów. Rzuciliśmy się w ich stronę. Elf, niziołek, kilku ludzi i dwa krasnoludy, tyle nas zostało zdolnych do walki. Na szczęście daliśmy radę. Kiedy udało się wszystko uspokoić po walce, kapitan straży poprosił nas o pomoc w eskortowaniu mieszkańców zniszczonego miasta do Middenheimu bo tam bezpieczniej, przynajmniej na jakiś czas.
– Zaschło mi w gardle nie postawisz piwa Krasnoludowi żeby mógł kontynuować opowieść ?
Po drodze mieliśmy kilka przygód. Spotkaliśmy więcej długouchych, było kilka problemów z ludźmi, a potem natrafiliśmy na zaatakowaną karawanę. Masa trupów, wszystkie naszpikowane małymi goblinimi strzałami. Tfu! Parszywe małe gnidy ubiły z krzaków 14 ludzi. A gdy zajęliśmy się chowaniem nieszczęśników, to okazało się, że przy krzakach były zamaskowane doły z kolcami. Mało brakowało, a bym tam wpadł, ale my mieliśmy więcej szczęścia. Miejscowy kapłan, stary sigmaryta nadział się na jeden z nich wpadł prosto na ostre pale. Biedak, przed śmiercią wcisnął nam pieprzoną relikwię. Przez to gówno mieliśmy sporo problemów, ale to zaraz sam się dowiesz. Właściwie to za wiele szczegółów Ci plotę, a ty pewnie chciałbyś wiedzieć co się działo w Middenheim.
Wielkie, śmierdzące, pełne tak samo śmierdzących ludzi. Ulokowali nas w jakiś magazynach w parszywej dzielnicy. Relikwie oddaliśmy do świątyni i już myśleliśmy, że będziemy mieli wolne i każdy pójdzie w swoja stronę. Nie ma tak łatwo. Następnego dnia okazało się, że ta relikwia znikła, a kapłan, który ją miał, został otruty. Oczywiście nas oskarżono, bo ostatni go widzieliśmy i tylko my wiedzieliśmy o relikwii. Chcieli nas zamknąć, ale udało nam się wynegocjować próbę udowodnienia swojej niewinności. Koniec końców wylądowaliśmy w kanałach w poszukiwaniu zabójcy! Piep*zone szczury, śmierdzieliśmy potem ze 4 dni gównem, ale znaleźliśmy tam to ścierwo co się skaveny zowie. Cała chmara tego plugastwa na nas się rzuciłaTfu! Tam zginął tamten elf. Jeden szczuroludź wypatroszył go na miejscu, ale kiedy rozgromiliśmy to towarzystwo udało mi się znaleźć leże tych stworów. Wyobrażasz sobie że sprofanowali kapliczkę Grungniego!? Dobrze że ich wyrżnęliśmy … W każdym razie znaleźliśmy tam też ramę od tej relikwii ale nigdzie samej relikwii nie było. Jeszcze słuchaj, tam w tych tunelach, w drodze powrotnej, czuć jakiś zapach, oprócz gówna znaczy się, a kiedy zorientowałem się co to jest, było za późno. Wszystko pierdykło w powietrze! Pierdo*ony gaz, rozumiesz? Ledwo przeżyliśmy a kiedy już wyszliśmy z kanałów okazało się że sama rama jest nic nie warta, więc osmaleni, ranni i śmierdzący wróciliśmy do siebie.
Ech, piwo się kończy. ogień dogasa i jakoś późno się zrobiło. Tamci już poszli spać? To może resztę historii opowiem Ci jutro. Opowiem Ci wtedy gdzie zdobyłem przydomek Hazkal. To była piękna historia…. ale, czas już na mnie. Śpij dobrze chłopcze…

Reklamy

Jedna myśl na temat “Dzienniki #1 „O tym jak Brok Dor stał się Brokiem Hazkalem cz.1

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s